sobota, 16 lutego 2013

Dłuuuuugi lot i spełnienie marzenia!

Uff. Dawno mnie nie było, ale byłam albo zajęta albo zmęczona, albo po prostu jakoś tak schodziło.
Co u mnie? Od prawie dwóch tygodni jestem w USA. Jestem zauroczona Ameryką, wszystko wygląda w 100% tak, jak sobie wymarzyłam. Jest po prostu cudowna! I mam bardzo fajną host rodzinkę!
A co do lotu i w ogóle wszystkiego - nie było się czym stresować! Jak tylko postawiłam swoją nogę na amerykańskiej ziemi, cały stres po prostu gdzieś odpłynął ;-)
O moich wrażeniach mogłabym pisać i pisać... Ale cofnę się do tygodnia przed wyjazdem, oraz do dnia wyjazdu. Następny post będzie o szkoleniu, później fotorelacja z wycieczki do NYC i w końcu relacja z mojego życia tutaj. Postaram się wszystko nadrobić i pisać co najmniej 2 posty na tydzień.

Jakoś na 2 tygodnie przed wylotem rozpoczęłam przygotowania - latanie po sklepach, zakupy, lekarze, apteki. Mnóstwo tego było, czasami spędzałam w mieście po kilka godzin zaopatrując się w potrzebne mi rzeczy ;-) Po walizki byłam kilkakrotnie, nie mogłam się zdecydować, czy poliwęglanowa, czy materiałowa, czy taki kolor, czy taki, czy takie rozmiary, czy takie...ufff... w końcu zdecydowałam się na materiałową - czarna w fioletowo-niebieskie wzorki, oraz druga, jako bagaż podręczny - kremowa z ekologicznej skóry;-) bardzo mi się podoba, jest elegancka. W środę, czyli 5 dni przed wyjazdem wybrałam się z tatą do kantora wymienić pieniądze. To były chyba pierwsze w życiu dolary, jakie miałam w ręce ;-)































Kiedy najważniejsze zakupy były  porobione, jakoś w połowie tygodnia rozpoczęłam pakowanie. Kiedy obudziłam się rano w dzień pakowania i pomyślałam o tym wszystkim, poczułam tylko zaciskającą się kulę w żołądku i chciałam z powrotem zasnąć. Nie wiedziałam od czego zacząć, jak się pakować, co pakować. Byłam przerażona wyjazdem!
Ale w końcu wystartowałam i nie było tak źle, jak myślałam ;-) Praktycznie wszystko mi się zmieściło, musiałam tylko zostawić jakieś tam drobiazgi. Bagaż podręczny nawet nie osiągnął swojej wagi (mógł ważyć 23kg;o jednak wymiary walizki nie pozwalały już nic w niej upchnąć). Poniżej prezenty dla rodzinki + kawałek moich ubrań czekających na spakowanie:P


























Jak widać dla dzieci oraz K. (przyjaciółka mojej hostki, czasowo mieszkająca również z rodzinką) kupiłam płyty z polską muzyką. Dla hostki książkę o Polsce w wersji angielskiej/polskiej/niemieckiej + oczywiście dla wszystkich słodycze. Dzieciom też dorzuciłam kolczyki własnej roboty (dla dziewczynki) oraz figurkę Lego (dla chłopca).

Pakowanie zajęło mi sporo czasu, bo jeszcze w przeddzień wyjazdu dorzucałam co nieco:P
Kiedy nadeszła niedziela myślałam, że w ogóle nie zasnę... Poszłam spać ok. 1.30, po czym ok. 3 miałam pobudkę, bo musieliśmy już jechać do Warszawy...
Całą drogę do Warszawy miałam w sobie mieszane uczucia - wszechogarniająca radość, że spełniam swoje marzenie oraz smutek że zostawiam tutaj najbliższych...strach, czy sobie poradzę...Chciałam już być na lotnisku i wyruszyć z tym wszystkim, bo takie czekanie jest najgorsze!

Kiedy dotarliśmy na lotnisko szybko spotkałam się z dziewczynami, z którymi miałam lecieć - Honoratą oraz Dominiką. Leciałyśmy liniami British Airways. Razem poszłyśmy na odprawę, żeby mieć obok siebie miejsca. Na szczęście udało się i obydwa loty spędziłyśmy obok siebie ;-)
Kiedy po odprawie szłyśmy na kontrolę bezpieczeństwa musiałam powiedzieć "cześć" rodzicom. Oczywiście się popłakałam ;-) Ale pozostawienie najważniejszych dla mnie osób było trudne. Ale byłam też szczęśliwa, że moje marzenie zaczyna się spełniać. Po przejściu przez kontrolę bezpieczeństwa poszłyśmy już czekać na samolot.. Bardzo się cieszyłam, że nie jestem jedyną osobą z Polski, która tego dnia leciała na szkolenie;-)
Nasz lot opóźnił się o 10 minut. Przed wejściem na pokład samolotu zastanawiałam się, jak to wszystko wygląda, bo to był mój pierwszy lot samolotem, ale wszystko było w porządku, a latanie spodobało mi się, ale muszę też przyznać, że nie jest to jakieś nadzwyczajne uczucie. Trochę mi to przypominało jazdę pociągiem:PP Ale oczywiście o wiele przyjemniejszą:P
Tutaj pierwsze zdjęcie zrobione w samolocie:
 Z Honoratą


Stewardessa widząc, że robimy sobie zdjęcia zaproponowała zrobienie zdjęcia całej naszej trójce;-) to było bardzo miłe. Od lewej Dominika, ja, Honorata ;-)


Widok z okna samolotu, jak dla mnie - nieziemski


Londyn;-) To było chyba już przy lądowaniu.

Już kiedy czekałyśmy na samolot do Londynu, stres powoli zaczął mnie opuszczać. A kiedy wsiadłam na pokład samolotu - poczułam, że zostawiam swoje dotychczasowe życie za sobą. Że wszystko, co przed chwilą mnie otaczało, jest takie odległe, że teraz jestem tylko ja i "nowe, nieznane" i nic poza tym. Nie umiem nawet tego uczucia opisać, ale było to bardzo przyjemne. Jedno z najprzyjemniejszych.

Po wylądowaniu na londyńskim Heathrow rozpoczęłyśmy poszukiwania naszego terminalu, gatesów itp.
Jak dla mnie - to lotnisko jest mega olbrzymie i bardzo się cieszę, że miałam ze sobą dziewczyny! Na dotarcie na pokład samolotu miałyśmy 1h50min i ledwo ledwo starczyło nam czasu! Ale na szczęście udało się ;-) Samolot lecący do NYC, to boeing, był o wiele większy od poprzedniego, niestety nie było nam już dane siedzieć przy oknie. Jak wsiadałam do niego i myślałam sobie, że to samolot odlatujący do NY poczuła m, że moje marzenie (największe, jakie kiedykolwiek miałam) ziszcza się wreszcie!! Obsługa samolotu bardzo miła - stewardessy co chwilę pytały, czy nie potrzeba czegoś do picia itp. Jednak lot był baaaardzo długi. Trochę spałam, jadłam, piłam, pod sam koniec film. Ale głównie rozmyślałam:-)

Posiłek w samolocie. Był niezły, oprócz tej białej sałatki, czy cokolwiek to było.. blee... i oprócz szpinaku gotowanego....



Jak widać, zbliżamy się do celu..:)))


Niestety nie udało mi się zrobić ładnych zdjęć z widokiem na NY z samolotu... Niedosyć, że siedziałyśmy pośrodku, czyli daleko od okien i zdjęcia były robione z odległości, to jeszcze nie wiem dokładnie jak robić zdjęcia w trybie nocnym moim aparatem;P wyszło mi tylko coś takiego - ale mogę powiedzieć, że widok "na żwyo" był nieziemski - miliony choinkowych lampeczek:)

Kiedy wylądowaliśmy czekało nas jeszcze długie stanie w kolejce do odprawy celnej....
Czekałyśmy z ponad godzinę, po odprawie (odprawiał mnie baaaaardzo miły pan, który znał parę słów po polsku i kiedy usłyszał, że jestem z Polski, zaczął ich używać:) mimo mojego zmęczenia ucięliśmy sobie bardzo miłą pogawędkę) odebrałam swój bagaż i spotkałam pozostałe au pairki z Europy lecące z nami. Na lotnisku czekał na nas pan z CC, który nas odebrał i zaprowadził do autokaru.. Kiedy wyszłam z lotniska, pierwszą rzeczą jaką ujrzałam było mnóstwo żółtych taksówek, amerykańskie pasy dla pieszych, amerykańska sygnalizacja świetlna i charakterystyczne amerykańskie samochody..Hehe, te rzeczy mi najbardziej utkwiły w pamięci..Poza tym było już ciemno i byłam bardzo zmęczona..;)

Cdn.

4 komentarze:

Full of dreams pisze...

ale Ci zazdroszcze ! ;) tez mi sie marzy taki wyjazd, no ale wyjdzie jak wyjdzie bo strasznie sie boje ze nie poradze sobie z angielskim ;( ucze sie go i ucze i na prawde oporczywie mi wchodzi.. mam nadzieje ze to bedzie najwspanialszy rok w Twoim zyciu i z serca Ci tego zycze. ;)

Agnieszka pisze...

Czytając tę notkę chciałoby się być tam razem z Tobą. Życzę szczęścia i mam nadzieję że będziesz pisać częściej :)

Sandra pisze...

czekałam na Twoją notkę :) Cieszę się, że masz się dobrze i rodzinka też w porządku :D

Angela pisze...

już czekam na następną notkę ! :d