czwartek, 7 listopada 2013

American party

Jak to w życiu każdej au pair - tydzień zazwyczaj mija bardzo szybko, a weekendy jeszcze szybciej.
Tydzień od poniedziałku do piątku spędzamy głównie na pracy, a weekendy na spotkaniach ze znajomymi, czy jak to w moim przypadku - na wyjazdach.
Jednak tydzień pracy również nie należy do nudnych, ponieważ cały czas poznajemy Amerykę, nową kulturę, obserwujemy ludzi, ich zachowania, szkolimy język. Dla mnie tego na pewno nudą nazwać nie można, ponieważ każda chwila spędzona na poznawaniu czegoś nowego, dokształcaniu się, zdobywaniu wiedzy - jest dla mnie cenna.

Ale powracając do weekendu. Wyjazd Della do Australii zbliżał się nieuchronnie. Było mi szkoda, ponieważ to z nim zaprzyjaźniłam się tutaj najbardziej, często rozmawialiśmy, a po pracy często wyskakiwaliśmy na spacer, jako że mieszkaliśmy około 5 minut drogi od siebie.

Wszystkie au pair z sąsiedztwa, czyli ja, Carolina oraz Milena zostałyśmy zaproszone na imprezę pożegnalną Della, organizowaną przez jego hostkę. Impreza zaplanowana była na piątek i bardzo się cieszyłam z zaproszenia, ponieważ była to moja pierwsza domowa amerykańska impreza.

Po przyjściu na imprezę okazało się, że jest na nią zaproszonych mnóstwo sąsiadów, z których nie znałam nikogo, podeszłam więc do Mirsa (Francuz, nowy au pair host rodziny Della) i zaczęłiśmy rozmawiać.

Jeśli chodzi o przebieg imprezy - na środku kuchni był po prostu postawiony wielki stół, a na nim jedzenie, czyli ciasta, sałatki, wielkie sandwiche, babeczki, itp. Nie było żadnych krzeseł wokół stołu, każdy po prostu brał, na co miał ochotę i cała impreza odbywała się na "stojąco", co po dłuższym czasie było trochę męczące.
Milena i Carolina spóźniły się. Kiedy dotarły, dołączyłam do nich i wręczyłyśmy Dellowi pożegnalny upominek. Dziewczyny nie zabawiły jednak długo, posiedziały chwilę i pojechały do miasta, do klubu. Jednak ja nie jestem typem klubowicza, poza tym chciałam spędzić więcej czasu na amerykańskiej domówce, dlatego zdecydowałam się zostać. Poszliśmy z Mirsem do pokoju gościnnego, gdzie siedziała większość dzieci:p i spędziliśmy resztę wieczoru oglądając jakiś film i rozmawiając. Co jakiś czas dołączali do nas inni, wieczór minął mi całkiem przyjemnie.

Imprezy amerykańskie różnią się bardzo od imprez polskich. W Polsce zawsze się siada i zazwyczaj większość imprezy spędza się siedząc przy stole. Tutaj większość imprezy spędza się...stojąc przy stole;-)
Przy czym każdy z każdym rozmawia i ludzie co chwilę zmieniają swoich rozmówców, podchodząc do kogoś innego. Jeśli chodzi o potrawy - w Polsce raczej nie podaje się kanapek. Tutaj natomiast kanapki królowały na stole.

Jeśli chodzi o porównanie, ciężko porównywać, ponieważ co kraj,to obyczaj i każda kultura ma swoje własne tradycje. Amerykańskie imprezy są bardzo fajne, takie bardziej "na luzie", poza tym zazwyczaj każdy przynosi coś od siebie do postawienia na stół, więc organizator się aż tak bardzo nie napracuje. Jednak z drugiej strony, polskie imprezy zazwyczaj sprawiają wrażenie starannie zaplanowanych, pan/i domu spędza wiele więcej czasu nad przygotowaniem imprezy, co wymaga zdecydowanie więcej starań i wysiłku. Ja chyba bardziej cenię właśnie to.

Brak komentarzy: