Jest 22.48 czasu polskiego. To moja ostatnia notka przed wyjazdem. Miałam napisać coś wcześniej, ale albo się nie chciało albo brakowało czasu... Mam nadzieję, że wszystko nadrobię, jak będę na miejscu.
Jutro o 12.35 wsiadam w samolot i lecę do Londynu, później po 2 godzinach wsiadam w samolot do NY.
Na miejscu powinnam być o 19.05.
Co czuję? Hmm... 2 tygodnie temu czułam ogromną radość, teraz czuję podekscytowanie na myśl, że już jutro zobaczę osławiony NY. Spełnię swoje największe życiowe marzenie.
Ale dominującym uczuciem, jakie w tej chwili czuję jest ogromny stres. Bardzo się boję.
Boję się, czy wszystko pójdzie dobrze, czy się tam zaaklimatyzuję.
A najbardziej boję się tęsknoty. Ten tydzień, to był tydzień pożegnań... Z przyjaciółmi, siostrą, szwagrem, siostrzeńcem, siostrzenicą. Wylałam dużo łez - właśnie z żalu, że mimo, że spełniam swoje marzenie - muszę tutaj zostawić najbliższe mi osoby.. To jest trudne.. Tym trudniejsze, że nigdy wcześniej nie wyjeżdżałam na tak długo, nie mówiąc już o tak dalekim wyjeździe....
A 3 godziny temu pożegnałam się z chłopakiem. Tak, poznałam kogoś jakiś czas temu, spotykamy się jakiś czas. Jest trochę ode mnie starszy i uwielbiam spędzać z nim czas. Nie planowałam mieć nikogo przed wyjazdem, wręcz starałam się unikać tego. Myślałam, że mi się uda, bo ja się łatwo nie zakochuję. Czasami, w czasie studiów miałam nawet myśli, że ja się stałam jakaś kompletnie niezdolna do zwyczajnego zakochania. Ale stało się. I zakochałam się, dlatego to wszystko jest dla mnie jeszcze trudniejsze. Jak widać przysłowie "serce nie sługa" to czysta prawda ;-)
Mam nadzieję, że jak zajadę na miejsce, to zacznę żyć tym amerykańskim życiem ;-)
I jakoś przetrwam te tęsknoty wszystkie. Bo w końcu taki wyjazd trafia się w sumie raz w życiu. Jestem szczęśliwa, że właśnie mnie się udało. Będę robić miliony zdjęć.
Jednak już jakiś czas temu pomyślałam sobie, że nie wiem, czy chcę być tam cały rok. Taki długi wyjazd może okazać się nie dla mnie. Jako optymalną długość pobytu dla mnie ustaliłam sobie 3-6 miesięcy. Zrobię kursy, pozwiedzam. W czasie tęsknoty łatwiej też pewnie mi ją przetrwać z tą myślą. Ale tak naprawdę nie ma co planować do przodu, bo plany bardzo często ulegają zmianie. I na chwilę dzisiejszą nie mogę powiedzieć nawet co będzie za miesiąc, a co dopiero myśleć o 6 miesiącach, czy roku. Pożyjemy, zobaczymy.
Post bardzo emocjonalny, bo siedzi we mnie tyle różnych emocji w tej chwili, że mogłabym wybuchnąć. Pomieszanie radości, ekscytacji, stresu, ale też smutku - z wiadomego powodu - zostawiam w Polsce najbliższe mi osoby i jadę sama w daleki świat. Wiele osób ostatnio mi mówiło, że jestem bardzo odważna. No cóż, teraz też tak uważam ;-)
Jestem też zdenerwowana - żeby poradzić sobie na lotnisku, żeby mieć dobry kontakt z host rodzinką.
Ale jak to ostatnio Magda mi napisała, jak nie będzie mi się podobać, to "pierdol to i wracaj" ;-)
Nic na siłę, jadę tam, aby przeżyć przygodę swojego życia, pozwiedzać, podrasować CV ;-)
A jak okaże się, że to jednak nie dla mnie, no cóż, dom zawsze na mnie będzie czekał:)
Jednak spróbować trzeba. Zawsze spełniałam wszystkie swoje marzenia i zamierzam robić tak dalej, bo w końcu jak to mówią - "kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana" A ja, no cóż... lubię szampana ;-)
Jednak mam nadzieję, że czas spędzony w USA na zawsze pozostanie w mojej pamięci - oczywiście w pozytywnym znaczeniu. Mam nadzieję, że zobaczę wiele ciekawych miejsc, poznam wiele ciekawych ludzi i będzie mi się tam podobać :) No i oczywiście umocnię w sobie takie cechy, jak samodzielność, optymizm (jednak czasami jak się stresuję, to widzę niektóre rzeczy w czarnych barwach, także pesymizm muszę w USA kompletnie wyeliminować, albo chociaż prawie kompletnie:) )
No nic idę się położyć, może jakoś uda mi się zasnąć, bo o 2 wstaję, a o 3 wyruszamy na lotnisko!)
Trzymajcie za mnie kciuki! Muszę być teraz silna, jeszcze silniejsza niż zazwyczaj.
Następny post zza oceanu!
4 komentarze:
wow.. ja skolei mega latwo wchodze w czyjes nastawienie tak jakbym sama to przezywala i od samego czytania tez mnie stres ogarnal czy dalabym rade,czy wszystko sie uda, no ale do odwaznych swiat nalezy. Zycze Ci z calego serca bys poznala tam prawdziwych przyjaciol, byla pod skrzydlami wspanialych hostow i bys czula sie jak w domu. Czekam z niecierpliwosci na nastepna notke "zza wielkiej wody"
Sylwus;)pamietam zawsze jestem z Toba od maja chyba???:)))))pisz, dzwon a jak nie nie rób to, co mówiłam;)))) i pamietaj-czy damy rade??tak damy rade;)))<3
AAAAA pisz jak juz bedziesz miała okazje!
Dokładnie, w razie czego to pierdol to i wracaj. masz do kogo i do czego. Pamiętaj, że na Ameryce świat się nie kończy.
Mam nadzieję, że podróż odbyła się bez przygód. Trzymaj się i w razie co waaal jak w dym ;)
Prześlij komentarz