Autokary czekały już na nas. Znalazłam swój, jednak okazało się, że ja i kilka dziewczyn wysiadamy jako pierwsze i nasze walizki muszą być na górze... A że dziewczyny, które wysiadały po nas jeszcze nie dotarły - musiałyśmy czekać przy autokarze. Nie byłoby to zbyt dużym problemem gdyby nie to, że lał deszcz i zmokłam ja oraz moje walizki. Więc nie byłam zbyt zadowolna zważywszy na to, że najbliższe 4 godziny miałam spędzić w autokarze...
Podczas jazdy autokarem byliśmy w aż 4 stanach: New York -> New Jersey -> Pensylvannia -> Delaware
W New Jersey mieliśmy przystanek, więc mogę powiedzieć, że w każdym z tych stanów postanowiłam swą stopę:) I planuję jeszcze w kilku - niedługo muszę porobić jakieś listy z miejscami, które chcę zobaczyć i które będę powoli odhaczać:)
Mój przystanek był w Delaware. Planowo powinnam tam być ok. godziny 13, jednak jako, że wyjechaliśmy godzinę wcześniej, a śniegu zbytnio nie było (chociaż NY podobno tak zasypało, że poodwoływali niektórym loty) byliśmy na miejscu o 12. Kiedy kierowca zaczął się zatrzymywać i dowiedziałam się, że to już tutaj, poczułam ukłucie stresu. Od razu po wyjściu z autobusu zobaczyłam hostkę siedziącą w samochodzie, który zaparkowany był przy samym autobusie. Poznałam ją od razu! I ona mnie też:) Szybko wysiadła i przywitałyśmy się. Było to bardzo miłe przywitanie, uścisnęłyśmy się i odniosłam wrażenie, że zarówno ja, jak i ona cieszymy się ze spotkania. Nadal padało, ale na szczęście N. miała parasol. Poszłyśmy po moją wielką walizkę, której nie mogłyśmy unieść i jakoś udało nam się wtaszczyć ją do samochodu. Podczas całej drogi do West Chester podziwiałam widoki i rozmawiałam z hostką. Jednak głównie to ona mówiła, bo ja byłam trochę onieśmielona tym wszystkim. Po dotarciu do domu chwilę odpoczęłam, po czym zdecydowałam, że chcę jechać z N. po Ch. (Ch to przyjaciel rodziny, taki jakby tata mojej hostki), który przyleciał z Minnesoty (a raczej z Colorado, bo w tym czasie akurat tam przebywał, o ile dobrze pamiętam) po to, aby mi pomóc w pierwszych dniach!
Po dotarciu na lotnisko około 3 p.m. Ch wyszedł nam na spotkanie. Jest baaaardzo miły i zabawny i całą droge powrotną żartował. Jednak ja się trochę stresowałam, bo wiedziałam, że po naszym powrocie dzieci będą już w domu i denerwowałam się naszym pierwszym spotkaniem..
Kiedy dotarliśmy na miejsce, weszłam razem z Hostką do pokoju, w którym G. i T. leżeli przed telewizorem. Na mój widok nie zareagowali w sumie w ogóle. Nie wiedziałam co zrobić!! Powiedziałam tylko "hi" i stałam dalej bez ruchu:) Po czym hostka powiedziała coś do nich (nie pamiętam dokładnie, bo byłam zestresowana;d ale coś w stylu, żeby się przywitali), po czym dziewczynka wstała, usmiechnęła się, powiedziała "hi" i uścisnęłyśmy się, do chłopca też podeszłam i go uścisnęłam. Po czym kontynuowałam stanie koło nich z niepewnym uśmiechem na twarzy:D N. zaproponowała mi odpoczynek, więc bardzo chętnie z propozycji skorzystałam i poszłam do swojego pokoju. Zaczęłam się rozpakowywać i naszykowałam prezenty dla wszystkich, które postanowiłam im wieczorem wręczyć. Czułam się trochę dziwnie po tym równie dziwnym powitaniu. Zaczęłam się bać, że te dzieci mają taki sposób bycia, że nie zaprzyjaźnię się z nimi. I było mi oczywiście trochę przykro. Nie wiedziałam, kiedy zejść na dół, jak się zachować itp. I wtedy kiedy tak się cały czas rozpakowywałam usłyszałam pukanie do drzwi. I... okazało się, że dziewczynka (G.) przyszła do mnie zapytać, czy nie mam ochoty jechać z nimi na kolację:)
Zrobiło mi się wtedy bardzo miło i oczywiście się zgodziłam. Porozmawiałyśmy jeszcze chwilkę, pokazałam jej bałagan w pokoju (byłam w trakcie rozpakowywania) i wtedy dałam jej prezent. Następnie wzięłyśmy resztę prezentów i poszłyśmy na dół. Myślę, że wszyscy się ucieszyli, że miałam dla nich drobne upominki. Po czym N. powiedziała, że u mnie też miały być powitalne balony, transparenty itp. w pokoju, jednak wszystko było tak na szybko, poprzednia au pairka wyjechała w piątek rano i nie było czasu.
Po wszystkim pojechaliśmy na kolację. Byliśmy w Ruby's - bardzo "amerykańskie" miejsce. Skojarzyło mi się ze starymi amerykańskimi filmami. Nie wiedziałam co zamówić, więc zamówiłam to, co prawie wszyscy, czyli hamburgery. Trochę mnie zdziwiły ceny, bo np. zestaw z hamburgerem i frytkami kosztował jakoś w granicach 9.99$, więc przeliczając to na polskie złotówki wyszłoby ok. 30 zł.. Jednak po kilku tygodniach pobytu tutaj wiem, że będąc w restauracji, czy nawet w jakichś mniejszych barach przeliczanie nie ma sensu.
Kiedy dostałam swoją porcję okazało się, ze jest ona ogromna. Ledwo udało mi się zjeść hamburgera, a frytek nawet wszystkich nie zjadłam. Ale było pyszne. Po kolacji wszyscy zamówili jeszcze desery, ale ja już nie mogłam nawet myśleć o zjedzeniu czegokolwiek więcej:) Wieczór ten był bardzo przyjemny, mimo, że czułam się jeszcze trochę nieswojo. Dołączyła też do nas K., która mieszka z nami w tzw. basement (jednak niestety za niecały miesiąc się wyprowadza) Polubiłam ich od razu. I mimo nietypowego przywitania się z dziećmi okazało się, że są całkiem inne niż mi się kilka godzin wcześniej wydawało.
Dziewczynka cały czas ze mną rozmawiała, przy kolacji usiadła obok mnie. Chłopiec był trochę bardziej zdystansowany - siedział naprzeciwko i tylko mnie obserwował:)
Pierwszy weekend minął głównie na odpoczynku, zapoznawaniu się z rodziną, nauce jazdy samochodem z automatyczną skrzynią, poznawaniu okolic i tras, którymi obecnie codziennie jeżdżę.
Pierwsze dwa dni mojej pracy, czyli poniedziałek i minęły mi bardzo fajnie. Ch. pomagał mi cały czas, więc wiedziała, że jeśli czegoś zapomnę, to on będzie pamiętał, że jeśli się zgubię - on pomoże odnaleźć drogę:)
W poniedziałek pojechaliśmy założyć konto bankowe. Jednak z tym miałam trochę zamieszania przez cały czas i w efekcie wczoraj je zamknęłam..W tygodniu zamierzam otworzyć nowe w innym banku.
Musiałam też kupić nową ładowarkę do telefonu, bo okazało się, że stara przestała działać...
Po załatwieniu spraw w poniedziałek pojechaliśmy do Starbucksa i później na chwilę do domu. Na chwilę, bo niestety trzeba było wrócić z powrotem do banku, bo okazało się, że zrobili błąd w moim nazwisku. I to nie był jedyny problem związany z bankiem, więc cieszę się, że zamknęłam tam konta!
W środę Ch. odjeżdżał. Trochę było mi szkoda, bo z nim było naprawdę wesoło! Mimo, że miał taki akcent i tak szybko mówił, że musiał mi co chwilę powtarzać, bo nie wszystko rozumiałam:) Poza tym moje pierwsze dni pracy były z nim mniej stresujące:) Kiedy zostałam w środę sama w domu postanowiłam wybrać się na spacer po okolicy, porobić trochę zdjęć. Poszłam wzdłuż ulicy, na której mieszkam i zatoczyłam koło. Ulica ta ma kształt okręgu i długość około 1 albo 1,5 mili, nie pamiętam dokładnie. Osiedle jest bardzo ładne i spokojne. A większość domów identyczna. Oczywiście, jak to w Ameryce - żaden dom nie jest odgrodzony płotem:)
Następnego dnia, czyli w piątek, rano pierwszą rzeczą, jaką ujrzałam przez okno, kiedy zeszłam do kuchni było stado saren stojące przy sąsiednim domu.. Za domami jest taki mały zagajnik, gdzie zwierzaki mieszkają. Od tamtej pory widziałam je kilka razy. W Polsce to niespotykane:) Tak samo jak stada dzikich gęsi wszędzie..

I tak oto wraz z piątkiem zakończył się mój pierwszy tydzień pracy w Ameryce:)
4 komentarze:
Bardzo fajny początek amerykańskiego życia :) Trzymam kciuki, aby było coraz lepiej :D
Widzę w takim razie,że wszystko się układa powoli ku lepszemu ! ;D Oby z dnia na dzień było coraz lepiej i pisz jak najczęściej ! ;D
widze fejsik a tam rozmowa z Magda M;p
Powiem Ci, że w amerykańskiej restauracji w Polsce najtańszy burger kosztował 29 zł. Niby jest podawany z frytkami i sałatką ale ja jak na razie się jeszcze nie zdecydowałam :)
Pisz częściej :)
Prześlij komentarz